Za pomocą tej maoistowskiej terminologii można dobrze określić to, co dokonało się wczoraj przy ulicy Kałuży 1. Podczas gdy po drugiej stronie Błoń trwają jeszcze prace konstrukcyjne, Cracovia otwarła w całości i z wielkim hukiem swój nowy, fantastyczny stadion na miarę europejskich ambicji.
Sam stadion widziałem już wcześniej, dlatego też tuż przed meczem, zamiast zachwycać się bajeczną architekturą i wypełniającymi się z minuty na minutę trybunami, postanowiłem przejść się po korytarzach i przedsionku nowego stadionu. Z racji tego, że na nowych trybunach palić nie można, wybrałem do tego miejsce, w którym wiele działo. Stanąwszy mniej więcej w tym punkcie, gdzie wchodzącym na stadion kibicom ukazuje się jego bajeczne wnętrze, zacząłem obserwować. Reakcje ludzi, które dostrzegłem, stanowić by mogły świetną podstawę do poważnych badań socjologicznych. Starszy Pan pogładził się po wąsie – w jego oczach nieśmiało zakręciła się łza. Dwie młode dziewczyny zaczęły piszczeć. Ktoś krzyknął “O k….!”, ktoś “Ja pier….!” Wszystkich jednak łączyło jedno: wielkie, wybałuszone oczy, jakby nie mogące uwierzyć w to, co widzą. Większość z tych ludzi pamięta jeszcze trzecią – drugą ligę, wał ziemny, sikanie pod krzakiem i przeskakiwanie przez siatkę. Skala zmiany jaka zaszła i jej tempo sprawiają, że człowiek nie wie, co powiedzieć…
Chwilę później prezydent Majchrowski wypowiedział magiczne słowa: “Stadion Cracovii uważam za otwarty!”.W górę poszły biało-czerwone balony, a z dachu odpalone zostały fajerwerki, które narobiły tyle huku, że do tej pory w uszach mi dzwoni. “Gdy kibice dołączyli do Macieja Maleńczuka śpiewającego hymn Cracovii, miałem łzy w oczach…” – mówi trener Ulatowski. Nie dziwię mu się. Wszyscy byliśmy wzruszeni. Po chwili sędzia zagwizdał po raz pierwszy, a 15 tysięcy gardeł z całych sił krzyknęło “Hej hej Cracovia!” Jakby tego było mało, już niecałe trzy minuty później tak licznie zgromadzeni kibice cieszyć się mogli z pierwszej bramki dla Cracovii na nowym stadionie.
Lepiej zacząć się nie mogło. Euforia, radość, atmosfera wielkiego święta. Brakowało chyba tylko Ty’a Peninngtona z “Domu nie do poznania”, który powiedziałby: “Welcome home, Cracovia family, welcome home!” Wydarzenia z dnia 25 września 2010 r. przeszły już do historii i na zawsze pozostaną w pamięci kibiców Pasów. Widowisko było tak kapitalne, że wszyscy zapomnieli na te 90 minut z hakiem, że Cracovia jest na ostatnim miejscu w lidze i jeszcze wiele trzeba uczynić, ażeby widmo spadku zostało zażegnane. W oczach ludzi, którzy obserwowali wczorajszy mecz na El Passo, widać było bezgraniczną, może troszkę naiwną, wiarę, że wszystko będzie dobrze…
Bardzo fajnie opisane wrażenia. Szkoda tylko, że fajerwerki nie mogły zabłyszczeć na ciemnym niebie.